..
Blog ... czyli dwa słowa na temat...

16 | 21819
 
 
2008-09-10
Odsłon: 1746
 

Kawa pod Durbaszką

  31.08.2008r. Wyjazd

Pomysł pojechania w Pieniny zrodził się dość niespodziewanie. Iza wyjechała do Szczawnicy. Któregoś dnia zadzwoniła i powiedziała „Przyjeżdżaj w góry!” Miałem kilka dni zaległego urlopu więc dlaczego nie? Umówiłem się ,że wyjeżdżam w niedzielę 31 sierpnia. 30 sierpnia miałem pojechać na piknik lotniczy do Mińska Mazowieckiego zorganizowany przez 23 Bazą Lotniczą w ramach obchodów 90-lecia Lotnictwa Polskiego. W internecie poszukałem informacji o Pieninach, Szczawnicy. Wyczytałem, że w schronisku „Pod Durbaszką” organizowane jest szkolenie paralotniowe. Miał tam być raj dla paralotniarzy. Pomyślałem,że przysłowiowo połączę przyjemne z pożytecznym i przy okazji pobytu w Pieninach skoczę do schroniska i zrobię kilka zdjęć dla Lotniczej Polski. Rano w sobotę zadzwoniła do mnie Iza z pytaniem czy nie zabrałbym do Szczawnicy Mieczysława, męża jej koleżanki. Odpowiedziałem, że nie widzę problemu. Akurat gdy wracałem do domu zadzwonił Mieczysław. Umówiliśmy się, że ruszamy o siódmej spod Metra Centrum. Ostatnie przygotowania, przejrzenie plecaka, czy wszystko zapakowałem.

Następnego dnia byłem w umówionym miejscu. Zadzwoniłem, okazało się ,że Mieczysław już jest. Załadowaliśmy do bagażnika jego rzeczy i w drogę. Zaplanowaliśmy ,że pojedziemy z Warszawy przez Kielce do Krakowa. Stamtąd będziemy kierować się na Nowy Targ/ Zakopane. Niedziela, więc na drodze nie było dużo samochodów. Przy dojeżdżaniu do Kielc wjechaliśmy na obwodnicę i dalej do Krakowa. Tej trasy nie znałem więc jednocześnie patrząc na drogę obserwowałem okolicę. Za Kielcami po prawej stronie zobaczyłem zamek w Chęcinach. Nigdy tam nie byłem, ale stwierdziliśmy z Mietkiem,że nie będziemy się zatrzymywać. Przed Krakowem spojrzałem na wskaźnik temperatury silnika. To co zobaczyłem sprawiło,że zaklnąłem i zacząłem się rozglądać za możliwością zatrzymania się na poboczu. Wskazówka kontrolki znalazła się w połowie czerwonego pola. Zatrzymałem samochód i dolaliśmy płynu do chłodnicy. Gdy ruszyliśmy dalej, częściej niż zwykle patrzyłem na kontrolkę.

Przed nami Kraków. Prędzej będzie przejechać przez miasto na Zakopiankę. Nic bardziej mylnego. Kraków rozkopany, objazdy. W końcu udało nam się wyjechać z miasta. Za nami ponad połowa drogi. Krajobraz zmieniał się w miarę jak zbliżaliśmy się do celu podróży.

A jak zobaczyłem na horyzoncie Tatry to w ogóle byłem pod wrażeniem. Przed nami ostatnie kilometry. W końcu wjechaliśmy do Szczawnicy, ponad siedmiotysięcznego miasta uzdrowiskowego przy granicy ze Słowacją. Po przywitaniu się moim z Izą a Mietka z Alą i rozpakowaniu bagaży ruszyliśmy coś zjeść. Głodny byłem jak wilk. Tradycyjnie nie jadłem śniadania( ten zwyczaj muszę zmienić) przez całą drogę, też nie zatrzymywaliśmy się na posiłek. Po zjedzeniu obiadu, kolejką Polskich Kolei Liniowych wjechaliśmy na Palenicę. Stamtąd po kilku minutach byliśmy na Szafranówce. Ze szczytu zobaczyłem Trzy Korony. Pomyślałem,że muszę tam któregoś dnia pójść. Póki co zeszliśmy w dół i    kolejką zjechaliśmy do Szczawnicy. Minął pierwszy dzień w Pieninach. Kładąc się do snu przed oczami miałem obrazy jakie widziałem po drodze.


1.09.2008r. Dunajec, Sopotnicki Potok

Pamiętają widoki z dnia poprzedniego pomyślałem,że szkoda mojego siedzenia w pokoju. Wyszedłem na miasto. Idąc uliczkami doszedłem do Grajcarka. Wiedziałem,że idąc wzdłuż rzeki dojdę do Dunajca. Nad Dunajcem skierowałem się pod prąd rzeki. Minąłem Cypel, tuż za nim miejsce przeprawy i wszedłem na teren Pienińskiego Parku Narodowego. Wokół mnie roztaczały się widoki, które mnie oczarowały. Idąc dalej doszedłem pod rygle Sokolicy. Znajdowałem się po drugie stronie rzeki i na kamienistej plaży zobaczyłem łodzie. Spojrzałem – na burtach wymalowany był herb Słowacji. Idąc brzegiem rzeki nie zauważyłem,że przekroczyłem granicę słowacko- polską.

Po południu Iza powiedziała, że idziemy do wodospadu. Do nas dołączyła Ala, Hanka i Mieczysław. W piątkę ruszyliśmy w drogę. Wodospad o nazwie Naskalnik usytuowany jest na Sopotnickim Potoku. Wodospad nie jest wysoki. Ma około 5 metrów wysokości ale dla mnie miał swój urok. Szum przepływającej wody był prawdziwą muzyką. Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć poszliśmy dalej. Wyżej znajduje się restauracją. W taki dzień nie napić się piwa? Restauracja zbudowana z surowego drewna (czy taki efekt końcowy miał być, czy budynek był nie wykończony na prawdę nie miało to dla mnie znaczenia) miał swój góralski klimat. Dla takiego mieszczucha jak ja- pełna egzotyka. Podobno wieczorami odbywały się koncerty kapel góralskich.

2.09.2008r. Potok Skotnicki, Słowacja

Mapa w plecaku a ja idę tam gdzie mnie oczy poniosą. W razie czego mogę wrócić tą samą drogą. Nie zgubie się. Po dwóch dniach w Szczawnicy na tyle zorientuję się w topografii miasta, że mniej więcej wiem gdzie iść. Minąłem Park Dolny i przystanek PKS. Skręciłem w prawo w jakąś ulicę. Dalej nią prosto. Jak najwyżej. Asfalt kończy się. Zastępuje go droga gruntowa. Mijam skład drewna. Droga się kończy. Zamiast niej ścieżka i potok. Idę po kamieniach w górę. Ostrożnie stawiam stopy by nie wpaść do wody. Powoli poruszam się w górę.

Usłyszałem dźwięk sms-a. Wyciągam telefon z kieszeni i czytam informację : „Era:-TMobile.BOA 602900,Poczta 602950,Pomoc 112.Ambasada RP tel.tel. +421254413175, ul.Hummelova 4, 81491 Bratyslawa,Slowacja....” i kolejny sms z informacją o stawkach połączenia. Przyznaję,że sms mnie zaskoczył. Czyżbym przekroczył granicę? „Co za okolica, gdziekolwiek nie pójdziesz, dojdziesz na Słowację”- pomyślałem. Idę dalej. Mijam młodego człowieka ładującego drzewo na przyczepę. Ciągnik to Ursus C 330 – produkcja polska ale nie widzę tablicy rejestracyjnej. Mężczyzna spojrzał na mnie, kiwnąłem mu głową na powitanie i poszedłem dalej w górę strumienia. Tuż obok niego biegła zarośnięta trawą ścieżka. Wszedłem na nią. O mały włos bym się przewrócił. Rosa na trawie sprawiła,że było cholernie ślisko. Wędrówkę kontynuowałem strumieniem. Przez moment pomyślałem czy nie dojść do źródła....ale po chwili namysłu doszedłem do wniosku,że tak na prawdę nie wiem gdzie jestem...i właściwie to powinienem już wracać. Odwróciłem się na pięcie. I rozpocząłem powrót. Zejście wcale nie było łatwiejsze. Cały czas musiałem uważać na jaki kamień stawiam stopę. Nie mniej droga powrotna zajęła mi mniej czasu. Doszedłem do miejsca gdzie mężczyzna ładował drewno. Zapytał gdzie byłem. Wymieniliśmy kilka zdań...min. o tym gdzie jestem. Wyciągnąłem mapę...człowiek wskazał mi miejsce dokąd doszedłem. Okazało się, że strumień, którym szedłem to Potok Skotnicki i wpływający do niego Potok Biały. A miejsce z którego zawróciłem było na wysokości Polanki. Zapytałem mężczyznę za jaki czas będzie wracał i czy zjeżdża w dół? Resztę drogi do samej Szczawnicy pojechałem na nadkolu traktora.

Po południu ta sama ekipa : Iza, Ala i Mieczysław....i oczywiście ja, ruszamy wzdłuż Grajcarka nad Dunajec. A stamtąd drogą , którą już poznałem do granicy ze Słowacją. Na dawnym przejściu turystycznym słowaccy flisacy ładują swoje łodzie na ciężarówkę. Stoi kilka dorożek. Rozmawiamy z jednym z dorożkarzy. Za ile może nas przewieźć do słowackiej Leśnicy? Po uzgodnieniu ceny wsiadamy. Taki mały wypadzik na piwo.

3.09.2008r. Homole

Jedną z atrakcji turystycznych w okolicy Szczawnicy jest wąwóz Homole. Ma długość około 800 metrów i wcina się w północne stoki Wysokich Skałek i tworzy głęboki kanion o bardzo stromych ścianach dochodzących do 120 m wysokości . Przepływa przez niego potok Kamionka. Teren wąwozu jest rezerwatem co oznacza,że krajobraz i roślinność podlega ochronie prawnej.

Ta sama ekipa co wczoraj. Wysiadamy z busa jadącego do Jaworek. Wchodzimy na teren wąwozu. W upalny dzień przyjemny chłód. Wąwóz ma swoją historię i....tajemnice. Od XV w. teren wąwozu był penetrowany przez poszukiwaczy skarbów. „Castrum Homola” dokument z 1529 roku wspomina o zamku. Badania archeologiczne w 1988 roku potwierdziły fakt istnienia w wąwozie warowni. Mijamy Dubantowską Dolinkę. Wychodzimy na otwarty teren. Pod nami Jaworki. Zanim zejdziemy chwila odpoczynku. Kilka kroków i możemy usiąść w barze. Zamawiamy zimne piwo. Pytam sprzedawczyni gdzie jest schronisko „Pod Durbaszką”. Pokazuje mi kierunek. Zapytałem czy z tego miejsca jest dojście. „Nie, trzeba przejść od dołu, od parkingu Homole” Zapytałem też o paralotniarzy. Kobieta wydaje się być zdziwiona moim pytaniem. Wytłumaczyłem o co mi chodzi. „Tak, latają” usłyszałem.

Tuż obok juhasi spędzają owce z pastwisk. Trzeba ruszać dalej. Schodzimy do Jaworek. Na przystanku PKS czekamy na jakąś podwózkę do Szczawnicy. Ala i Iza łapią okazję. Zatrzymuje się samochód. Kobieta za kierownicą nie widzi problemu żeby nas podwieźć. Jedziemy.

4.09.2008r. Trzy Korony.

Trzy Korony są najwyższym szczytem Pienin środkowych. Tam mnie jeszcze nie było. I jakoś nie bardzo sobie wyobrażałem,że mógłbym tam nie wejść. 982 m.n.p.m na Okrąglicę- najwyższy szczyt Trzech Koron to nie jest wysoko. Dam radę. Ruszam z punku A (Szczawnicy) do punktu B (Krościenko n.Dunajcem). Jadę busem. W Krościenku pytam gdzie się zaczyna szlak na Trzy Korony. Okazuje się,że kilka ulic dalej muszę skręcić w lewo. W ulicę Trzy Korony. Jestem już na szlaku. Kilka dni w Pieninach i się przyzwyczaiłem, że albo idzie się pod górę albo w dół. Czas wejścia na Okrąglicę około 2 godziny. Chcę wejść szybciej. Tempo które sobie narzuciłem okazało się za duże. Po kilkunastu czy kilkudziesięciu metrach mam dość. Każdy krok wyżej to wyczyn. Już wiem po co ludziom kijki. Ale uparłem się,że wejdę. Na szlaku mijam ludzi. Niektórzy tak jak ja wchodzą do góry. Inni schodzą. „Dzień dobry”, „Cześć”, „Witam” - albo zwykłe skinienie głową. Chciałbym napić się wody. Nie mam- nie wziąłem ze sobą,żeby nie dźwigać większego ciężaru. Teraz żałuję. Za następnym zakrętem szlaku widzę,że na ławce siedzi kobieta Przed nią stoją bańki i leżą oscypki. Podchodzę do niej i pytam czego można się napić. Mam wybór- kompot albo maślankę. Wybieram kompot. Zimny, pyszny. Usiadłem na ławce obok. Dołącza się starszy mężczyzna, też idzie w górę. Rozmawiamy przez chwilę. Dziękujemy kobiecie i idziemy dalej razem. Mój towarzysz wędrówki przyjechał z Zakopanego. W Tatrach halny więc postanowił przyjechać w Pieniny. Mężczyzna nie idzie na Trzy Korony więc w pewnym momencie rozdzielamy się. Idę dalej sam. Strome podejście chwilami prowadzi po równym terenie albo opada łagodnie w dół. Dla mnie to wytchnienie. Idę dalej. Wyprzedzam kobietę. Przed nią idzie mężczyzna. Zatrzymuje się i patrzy na mnie. Zrównuję się z nim i witam. Mężczyzna czeka na kobietę. Czekam razem z nim. Mam chwilę na odpoczynek. Po kilku minutach ruszamy dalej. Jednak odłączam się od nich i mówię „Do zobaczenia na szczycie”. Na szlaku coraz więcej ludzi. Wydaje mi się,że jeszcze ostatnia kręta i jestem na miejscu. Faktycznie po minięciu zakrętu wchodzę na Siodło. Kupuję bilet u pracownika Pienińskiego Parku Narodowego i po schodach wchodzę na platformę na Okrąglicy. „Dzień dobry”, „Smacznego” witam się z osobami, które już były na miejscu. Opieram się o barierkę i sycę oczy widokiem. Warto było tu wejść. Na horyzoncie Tatry otulane chmurami. Pode mną Dunajec. Wyciągam aparat fotograficzny, robię zdjęcia. Osoby które wyprzedzałem na szlaku powoli wchodzą na platformę. Patrzę jeszcze raz na teren pod Okrąglicę, wiatr wieje w moich włosach. Jestem tutaj.

Po południu wychodzę z Izą na Bryjarkę, górę mającą 679 m npm. Na szczycie  góry znajduje się krzyż, podświetlany w nocy.

 

5.09.2008r. Pod Durbaszką

Przyszedł czas na zdjęcia paralotniarzy i artykuł dla Lotniczej Polski. Po przebudzeniu się wypiłem kawę i zszedłem do miasta na przystanek busów. Pogoda uległa pogorszeniu. Niebo zasnuwały chmury. Wsiadłem do busa jadącego do Jaworek. Powiedziałem kierowcy,że potrzebuję się dostać do schroniska „Pod Durbaszką”. Samochód zatrzymał się przed wąwozem Homole i kierowca wskazał mi drogę, którą musiałem iść. Bolały mnie mięśnie po wczorajszym wejściu na Trzy Korony, niemniej chcąc mieć zdjęcia i artykuł musiałem iść. Patrząc na niebo obawiałem się,że nie będzie lotów. Chmury, chłodno i wiatr. To mogło spowodować odwołanie szkolenia. Idąc do schroniska pomyślałem,że chętnie bym coś zjadł. Wyszedłem bez śniadania i zaczął mi dokuczać głód. W dodatku było zimno. Pomyślałem,że jajecznica by mi dobrze zrobiła. Patrzyłem na niebo czy nie zobaczę gdzieś paralotniarzy. Ani śladu. Z za zakrętu wyłania się budynek. Czy to już? Czy właśnie jestem pod schroniskiem? Podchodzę bliżej. Jakiś mężczyzna na tarasie patrzy na mnie. Po chwili znika w środku. Wchodzę na schody. Na ścianie tablica „ MDK Górski Ośrodek Szkolno-Wypoczynkowy im. Władysława Pilińskiego „Pucka” Pod Durbaszką 850 m npm” i druga „Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe”. Jestem na miejscu. Wchodzę do środka. Pusto i cicho. Przez okienko pomieszczenia wyglądającego na kuchnię mówię „dzień dobry” Po chwili wychodzi mężczyzna, ten który patrzył jak podchodzę do schroniska. Zapytałem co mogę zjeść. Okazuje się ,że nic. Mogę się napić kawy. Sypanej- takiej jak lubię. Pytam o szkołę paralotniową. Widzę zaskoczenie na jego twarzy. Kursy były ale.... w latach dziewięćdziesiątych. Tym razem ja byłem zaskoczony. Przed wyjazdem, na stronie internetowej Szczawnicy wyczytałem,że są....a nie ,że nie ma. Wyszedłem z kawą w ręku na zewnątrz budynku. Usiadłem na ławce. Przede mną rozpościerał się widok na Pieniny. Obok przeleciało czarne ptaszysko. „Kra, kra, kra”- czyżby kruk?

Nie będę miał zdjęć i nie napiszę artykułu. Mogłem dzień wcześniej zadzwonić do schroniska a nie wspinać się na 850 m. Mogłem.....ale gdybym to zrobił nie byłoby mnie tutaj. Nie widziałbym tego co teraz widzę. Nie czułbym tego wiatru. Ostatni łyk kawy i podnoszę się z ławki. Czas zejść na dół. Rozmawiam jeszcze chwilę z mężczyzną o warunkach jakie panują tu zimą, o samochodach najlepszych w teren i mówię „do widzenia”.

 

6.09.2008r. Powrót

 

Otwieram pokrywę bagażnika. Wrzucamy plecaki i torby. Ostatnie- pamiątkowe zdjęcia. Zapalam silnik i jedziemy. We dwoje. Ja i Iza. Wyjeżdżamy ze Szczawnicy. Patrzę na drogę, kątem oka spoglądam na Pieniny. Zakochałem się w tym krajobrazie. Za Krościenkiem na horyzoncie widać Tatry. Postanawiamy, że następny wypad będzie tam. Przed nami szeroka droga i kolejne kilometry przejechane razem...

 

 

 

 


 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 
Iza 2008-09-18 08:11:38
...suuuper! mój pobyt w górach, bez Ciebie, nie miałby sensu...zawsze wspólne wypady...a tu nagle 2 tygodnie pustki...nie umiem cieszyć się pięknem bez Twojego udziału :( kiedy idziemy razem, nawet jeśli nie rozmawiamy, wiem, że widzisz to co ja...i to jest TO! ...wszędzie zielone BMW!!! skąd ich tyle???!!! ...gdyby nie Hanka - dostałabym kota! acha, kot - jesteś nieocenionym przyjacielem! nikomu innemu nie zostawiłabym tak beztrosko mojej koteczki - dziękuję :*** ...szkoda,że nie mogłam z Tobą wejść na Trzy Korony :((( DZIĘKUJĘ ZA TEN TYDZIEŃ!!! :*** ...Tatry czekają... :)))
2008-09-12 21:06:14
I fotograficznie nieźle to wygląda


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd