..
Blog ... czyli dwa słowa na temat...

16 | 28143
 
 
2010-08-27
Odsłon: 1846
 

Motocyklem na Ślężę

W końcu zobaczyłem to po co przyjechałem robiąc ponad trzysta kilometrów. Nad równiną górował masyw Ślęży. To nie mogła być żadna inna góra. Próbowałem się zatrzymać gdzieś na poboczu, ale niestety nie było utwardzone. Zaryzykowałem. Motocykl trochę się poślizgnął na żwirze, ale stanął. Zrobiłem zdjęcie. W końcu wjechałem do Sobótki. Pojeździłem trochę po mieście zastanawiając się gdzie zostawić motor. I gdzie znaleźć nocleg. Skręcając w ulicę przypominająca obwodnicę w Sobótce ( w którą stronę skręcałem? )..... tak w prawo....znów położyłem motocykl. Teraz już nie było zabawnie. Po pierwsze sam musiałem go podnieść, po drugie uszkodziłem prawy tylny kierunkowskaz. Na szczęście pomarańczowa obudowa nie była rozbita, ale kierunkowskaz w sumie tak. W dodatku nie działał. Problem ten postanowiłem zostawić na późniejszą chwilę. Gdy owa chwila nadeszła stwierdziłem, że przewód od żarówki się po prostu wypiął. Włożyłem go na swoje miejsce i kierunkowskaz działał. Co prawda świecił białym a nie pomarańczowym światłem ale działał. Postanowiłem później na stacji benzynowej kupić taśmę izolacyjną i skompletować kierunkowskaz. Teraz jednak głównym pragnieniem było znalezienie noclegu i szlaku na Ślężę. Dostałem informację, że na górę można podjechać, jest też dolne schronisko gdzie mógłbym przenocować. Hotel w Sobótce nie wchodził w grę. Podobno dwieście złotych za nocleg.

Znalazłem szlak na górę. Na parkingu zostawiłem motocykl. Ale nie bardzo uśmiechało mi się pozostawianie go w tym miejscu. Parking niby płatny, ale nikogo nie ma kto by zbierał opłaty i w dodatku nie dozorowany. Kilka metrów dalej zobaczyłem bramę, jakiś budynek w remoncie i ochroniarza. Pomyślałem ,że idealnie by było gdybym tam mógł zostawić maszynę. Po chwili wahania, czy pójść, zdecydowałem się sprobować. Mężczyzna powiedział, że już kończy i nie chce decydować za zmiennika. Mogę zaczekać, za parę minut będzie. Czekając na osobę, która miała zadecydować o chwilowym miejscu postoju motoru zaczęliśmy rozmawiać o motocyklach. Mój rozmówca jak się okazało w latach młodości jeździł na SHL. Ten motocykl pamiętam mgliście, ale już WSK 125 cm3 pojemności silnika jak najbardziej. Miałem okazję nim jeździć. Jawa 350 czy ETZ 250 nie są dla mnie pojazdami z kosmosu, wiec szybko znaleźliśmy wspólny język. A gdy podjechałem swoim motocyklem byłem prawie pewny, że mogę go tu postawić. Motocyklistą zostaje się do końca życia, nawet jeśli się już nie jeździ. Tak też się stało. Przyjechał zmiennik. Wskazał mi inne, lepsze miejsce do pozostawienia motoru. Schodzący ze zmiany wspomniał coś o pięknej pracy silnika, więc włączyłem silnik na chwilę. Zabrałem torbę na bak, kask znalazł swoje miejsce w wartowni. A ja ruszyłem na zdobycie góry.

Szedłem asfaltową drogą. Czemu nie. Z Izą weszliśmy po asfalcie na górę Żar więc teraz też mogę. Zdjąłem kurtkę , trzymałem ją w jednym ręku, w drugim torbę. Ale torba trochę warzyła , wiec nie patrząc na ciepło założyłem kurtkę z powrotem na siebie. W ten sposób mogłem nieść torbę raz w prawej, raz w lewej ręce. Po kilku minutach marszu, asfalt się skończył. Zobaczyłem słup informacyjny. Na szczyt Ślęży prowadził żółty szlak. Jest dobrze- pomyślałem. Asfalt się skończył a ja musiałem iść jak Bóg albo słowiańscy bogowie przykazali. Wszakże Ślęża była świętą górą Słowian. Więc nie byle jaka to góra. Miejscami przypominała mi Łysicę. Ale nigdzie nie czytałem, że Ślęża zbudowana jest z gołoborzy. Dla ludzi schodzących musiałem stanowić osobliwe zjawisko. Torba na ramieniu, kurtka motocyklowa na grzbiecie, dżinsy na d..... i buty za kostkę. Oni ubrani w koszulki, adidasy, trampki, na luzie. Ja zmęczony , wyciskający z siebie szóste poty, siódme miałem dopiero wycisnąć. Co jakiś czas przystawałem, raz by zrobić zdjęcie, innym razem by po prostu odpocząć. Minąłem wieżę widokową i zacząłem schodzić. Szlak prowadził w dół. Chwila odpoczynku ale miałem świadomość, ze znów będę musiał iść pod górę. Zadzwonił Jerzy. Powiedziałem, że chciałbym przenocować na górze w Domu Turysty PTTK. Jerzy ponowił propozycje noclegu u siebie. Stanęło na tym, że gdy już dotrę na szczyt to zdecyduję. Ale do szczytu droga była daleka, tym dalsza, że torba zaczęła coraz ciążyć. Dostrzegłem ... szałas? W każdym bądź razie drewnianą szopę, czy coś w tym rodzaju. Była zajęta. Chłopak, dziewczyna i pies. Buldog jeśli się nie mylę. Nie spodobała mu się moja torba, którą postawiłem na ziemi. Zaczął warczeć. Okazało się, że nie lubi motocykli. Nie każdy lubi, ale pies miał przygody z motocyklami. Podobno motor go przejechał, a ktoś go straszył kaskiem. Na wszelki wypadek rozmawiając z parą zwracałem na pieska uwagę.

Przystanki w marszrucie spędzałem przede wszystkim na odganianiu się od komarów. Jakoś przed wyjazdem nie przyszło mi do głowy, że po pierwsze: jest lato, po drugie góra jest zalesiona, po trzecie w lesie są komary. Niby oczywiste, ale jakoś nie połączyłem tych faktów. Może gdybym to zrobił to w jakiś sposób zabezpieczyłbym się przed komarami. Podobno łykanie tabletek z jakąś witamina je odstrasza. Muszę porozmawiać z myśliwymi o ich sposobach radzenia sobie. Póki co nawet dym z papierosa im nie przeszkadzał. Minąłem kolejny zabytek na szlaku. Rzeźbę Panny z Rybą. W klatce. Jak w zoo. Nawet nie starałem się zrobić zdjęcia. Tylko takie ogólne foto...na zasadzenie tu byłem. Kolejne kamienie na mojej drodze, jakieś drzewo przewalone. I kurtka motocyklowa na plecach, a w ręku torba. Po prostu „fantastycznie”, o tym właśnie „marzyłem”. A końca szlaku nie widać. Szedłem wolno jak żółw, ale wtedy przypominałem sobie słowa Armstronga o „małym kroku człowieka, a wielkim ludzkości”, które zmodyfikowałem na swój użytek. Albo też to gdzieś usłyszałem. Że każdy nawet mały krok przybliża do celu. Więc ten cel w końcu osiągnąłem. Po ostatnim stromym podejściu w końcu znalazłem się na szczycie. Poprosiłem faceta niosącego aparat fotograficzny by moim zrobił mi zdjęcie. Ale to nie on był w rodzinie fotografem, bo przekazał aparat żonie. Wszedłem do Domu Turysty. Pani w restauracji powiedziała mi, że nie można przenocować- zamknięte do odwołania. Nogi się pode mną ugięły bo nie czułem się na siłach wracać. Zadzwoniłem do Izy, Jerzego i Marcina. Jerzemu powiedziałem, że szukam noclegu na dole. Kolejny raz zaproponował mi nocleg. W tle słyszałem jego małżonkę, która powiedziała, żebym przyjeżdżał. Uprzedziłem go, że natychmiast po przywitaniu się z nimi będę musiał wskoczyć pod prysznic.

Poczekałem na zachód słońca, zrobiłem kilka zdjęć i zacząłem schodzić. Zejść tylko pozornie jest łatwiej, trzeba uważać by się nie pośliznąć i nie zwichnąć nogi ( wersja optymistyczna, pesymistyczna według Jerzego jest taka, że można się poślizgnąć i uderzyć głową o kamienie i stracić przytomność – nie podoba mu się moja idea łażenia po górach samemu). Początkowa szarówka zamieniała się w noc. Prawie pełnia więc nie było tak źle. W torbie miałem czołówkę. Gdy już w końcu uznałem, że muszę mieć światło wyciągnąłem ją. Świeciła się w torbie. Nie dobrze. Próbowałem wyregulować natężenie światła ale na maxa dawała znikomą ilość światła. Po prostu baterie się wyczerpywały. Na szczęście w kieszeni miałem drugi telefon komórkowy z latarką. Włączyłem latarkę, sprawdziłem stan baterii, nie było źle. Cienie roślin przybierały fantastyczne wzory, zdawały się tańczyć w świetle. Przez moment przypomniałem sobie kilka filmów o wampirach, wilkołakach i tego typu istotach. A ja znajdowałem się na terenie bóstw słowiańskich. Świeciłem na boki, by na drzewach dojrzeć znak żółtego szlaku. W pewnym momencie na szlaku zobaczyłem błoto. I wąską ścieżkę z prawej i lewej strony. Nie przypominałem sobie tego. Powoli docierało, że może zabłądziłem? Cofnąłem się kilka kroków do miejsca gdzie po raz ostatni widziałem znak na drzewie. Żadnej ścieżki w bok by poszukać kolejnego. Jakieś złośliwe bóstwo robi mnie w balona i myli mi drogę. A ścieżka prowadzi na dół, więc jest i gdzieś mnie zaprowadzi. Panika nie jest najlepszym kompanem podróży. Szedłem dalej, minąłem błoto. Gdy doszedłem do drewnianego szałasu gdzie spotkałem jego, ją i psa, wiedziałem, że to jednak była właściwa droga. Czekałem tylko by ścieżka zaczęła prowadzić w górę wtedy wyjdę na wprost wieży widokowej. W przeciwną stronę schodziłem. W końcu dotarłem do wieży.

Schodząc uświadomiłem sobie jaką drogę pokonałem. Stawiałem ostrożnie nogi by się nie pośliznąć na kamieniach. Na asfalcie byłem już bezpieczny.

 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd